|
Marcin Maslowski 03-11-2003, ostatnia
aktualizacja 30-10-2003 12:21
Gdyby Mirosław Kraszewski zobaczył
się z synem, nie mógłby powiedzieć: "Kocham cię", tylko
"Ich liebe dich". Niemiecki sąd zabronił mu rozmawiać
z Filipem po polsk
Ostatni raz Mirosław Kraszewski widział się z Filipem
7 maja, w jego dziewiąte urodziny. Nielegalna czterominutowa
rozmowa w drzwiach mieszkania w Guetersloh. - Andrea
była wyrozumiała. Mogła wezwać policję, ale tego nie
zrobiła - mówi ojciec.
Odwiedzin też zakazał
Film trwa niecałe cztery minuty. Kraszewski podchodzi
do drzwi. Puka. Filip - drobny, szczupły chłopiec - rzuca
mu się na szyję. Odbiera prezenty - maskotki, kolorowe
czapeczki bejsbolowe. Ojciec przytula go i całuje. Andrea
Kraszewski nie wpuszcza męża do domu, oparta o drzwi
obojętnie obserwuje powitanie. Rozmowa między ojcem
i synem (po niemiecku) toczy się na ganku. Filip uśmiecha
się, co chwilę przytula się do ojca. Wreszcie, przywołany
przez matkę, niechętnie wraca do domu. Kraszewski odchodzi.
Wcześniej zdążył jeszcze wręczyć żonie list z życzeniami
dla syna.
Operatorem kamery był znajomy adwokat Mirosława. Kraszewski
film z tej wizyty ogląda często. Kamerę kupił, by utrwalić,
jak Filip rośnie. Teraz kasety z nagraniami to jedyna
okazja, by "widywał" syna.
Pielęgniarka, lekarz i syn z polskim paszportem
Pół roku temu w redakcji zjawił się dobrze ubrany,
postawny mężczyzna. Przyszedł w sprawie włamania na
działkę jego matki w podłódzkich Grotnikach. Specjalnie
po to przyjechał z Niemiec, gdzie mieszka od lat. Wychodząc,
spytał mimochodem: - Słyszał pan kiedyś, by sąd zabronił
dwóm Polakom rozmawiać w ojczystym języku? To właśnie
spotkało mnie i mojego syna.
Tak poznałem Mirosława Kraszewskiego, któremu od trzech
lat nie wolno mówić do syna po polsku.
Ma 51 lat, urodził się w Łodzi. Tu skończył medycynę.
Do Niemiec wyjechał w 1981 roku, tuż po dyplomie, kilka
miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego. - Miałem
trochę pieniędzy i znajomych, którzy pomogli mi w pierwszych
miesiącach. PóĽniej dostałem azyl. Po pewnym czasie nostryfikowałem
dyplom i zacząłem pracę jako radiolog - wspomina.
Przez dwa lata pracował w klinice w Dortmundzie. Coraz
lepiej mówił po niemiecku, dorabiał się. W 1985 roku
dostał propozycję dobrze płatnej pracy w szpitalu w Guetersloh,
niewielkim, zamożnym mieście w Nadrenii Północnej Westfalii,
kilkadziesiąt kilometrów od przemysłowego Bielefeld.
Tam poznał pielęgniarkę Andreę. Pobrali się. W 1994
roku urodził się Filip.
Od początku był wychowywany w dwóch kulturach - polskiej
i niemieckiej. Został ochrzczony w Kościele katolickim,
do którego należą obie rodziny. Gdy był mały, przyjeżdżał
z rodzicami do Polski. - Andrea chciała zobaczyć moją
ojczyznę. Byliśmy nad Bałtykiem, w górach. Zwiedziliśmy
Kraków, Wieliczkę. Żona zobaczyła też Oświęcim. Bardzo
to przeżyła - opowiada Kraszewski. - Gdy Filip podrósł,
wyrobiłem mu polski paszport. Przyjeżdżał ze mną na wakacje
do podłódzkich Grotnik. Świetnie mówił po polsku. Moja
rodzina go ubóstwia.
Robi z niego polską małpę
Tylko rodzice Andrei od początku byli przeciwni małżeństwu.
Na obiady zapraszali córkę i wnuka. Zięcia ignorowali.
- Przeprowadziliśmy się do niewielkiego miasteczka pod
Duisburgiem, daleko od teściów - opowiada Kraszewski.
- Znalazłem pracę w miejscowym szpitalu, awansowałem
na zastępcę dyrektora, zaczęło nam się lepiej powodzić.
Do czasu. Stary dyrektor poszedł na emeryturę, a nowy
nie chciał ze mną współpracować. Przestałem być zastępcą,
obniżono mi pensję o 2 tys. marek.
Z tego powodu Andrea wyprowadziła się z Filipem do
rodziców. - Odwiedzałem syna, ale teściowie nie chcieli,
by Filip rozmawiał ze mną po polsku. "Robi z niego polską
małpę!" - krzyczał teść. "Jesteśmy w Niemczech, więc
mów po niemiecku" - mówiła teściowa. Teściowa była Ślązaczką,
po wojnie uciekła z Polski do Niemiec.
W 1999 roku Kraszewscy byli już w separacji. Mirosław
mieszkał w Duisburgu, Filip rzadko odwiedzał ojca. W
styczniu 2000 roku doszło do kłótni między jego rodzicami.
Kraszewski pamięta, że żona i Filip odwiedzili go w Duisburgu.
"Od tej pory koniec mówienia po polsku" - miała wtedy
powiedzieć Andrea. Kraszewski spytał syna, czy chce
z tatą rozmawiać po polsku. "Tak" - powiedział Filip.
- Matka uderzyła go w twarz, po- pchnąłem żonę. Upadła.
Zakazała mi odwiedzin dziecka. Oddałem sprawę o opiekę
nad dzieckiem do sądu, ona zrobiła to samo.
Syn na dwie godziny i tylko z urzędnikiem
Wyrok zapadł 12 czerwca 2000 roku. Sąd okręgowy w Guetersloh
postanowił, że ojciec może widywać Filipa, ale tylko
co dwa tygodnie, tylko przez dwie godziny i tylko w pomieszczeniach
Niemieckiego Związku Ochrony Dziecka. Dlaczego właśnie
tak? Tego w uzasadnieniu nie ma.
- Nie to było najgorsze - opowiada Kraszewski. - Sąd
uznał, że u Filipa "ze strony lekarzy stwierdzono opóĽnienia
w rozwoju mowy i jest rozsądne, aby zaniechać dwujęzycznego
wychowania". Byłem w szoku. Przecież to czysty nazizm!
Nie przyjąłem niemieckiego obywatelstwa, a Filip ma polskie.
A jednak niemiecki sąd zabronił mi rozmawiać z synem
w ojczystym języku! Nie było żadnego uzasadnienia, żadnej
lekarskiej opinii - Kraszewski pokazuje dokumenty. -
Nie znalazłem w niemieckim orzecznictwie czegoś podobnego.
Dwujęzyczność pomaga w rozwoju
Sędzia Izydor Rekść, przewodniczący I Wydziału Cywilnego
Sądu Okręgowego w Łodzi, również nie spotkał się z takim
wyrokiem. - Jestem zszokowany. Orzekam w sprawach rodzinnych
od kilkunastu lat i nie natknąłem się na podobne orzeczenie.
Zastanawiam się, czy taki wyrok miałby moc prawną w Polsce,
gdyby ktoś wystąpił o jego uznanie. Raczej nie, bo byłby
sprzeczny z polskim porządkiem prawnym. - Filip przez
sześć lat był wychowywany dwujęzycznie. Rozmawiał po
polsku ze mną, z moim kuzynem, który jest jego chrzestnym,
i moją mamą, gdy odwiedzali nas w Niemczech - opowiada
Kraszewski. - Oglądał polskie dobranocki na TV Polonia,
babcia czytała mu do snu polskie bajki, chodziliśmy do
kościoła na polskie msze. I nagle koniec.
Czy rzeczywiście rozmowa w języku polskim może zaszkodzić
dziecku?
Kraszewski postanowił odwołać się od wyroku. Poprosił
też o opinie biegłych z Polski i Niemiec.
Po rozmowie z Filipem opinię wydał (w paĽdzierniku
2000 roku) dr Jan Majer, dyrektor Kolegium Języków Obcych
Uniwersytetu Łódzkiego, językoznawca. Filip porozumiewał
się po polsku bez żadnych problemów. Mówił zresztą biegle
w obu językach - wspomina dziś dr Majer. - W fachowej
literaturze od lat panuje przekonanie, że dwujęzyczność
wręcz pomaga w rozwoju intelektualnym i społecznym. Nigdy
nie spotkałem się z odmienną opinią. Aż nie chce mi
się wierzyć, że taki wyrok zapadł w Niemczech, gdzie
wielonarodowość w porównaniu z Polską jest olbrzymia.
Miesiąc póĽniej opinię wydała profesor Hedwig Amorosa,
lekarz psychiatra pracująca z dziećmi i młodzieżą w klinice
Heckschera w Monachium: "Dwujęzyczność jest zjawiskiem
raczej normalnym niż szczególnym. Połowa ludności świata
jest dwujęzyczna. Zakłócenia w rozwoju mowy nie pozostają
w związku z dwujęzycznością".
Kilka miesięcy potem kolejną opinię przedstawiła na
prośbę Kraszewskiego dr Marion Hermann-Roettgen, logopeda
i specjalista od języka ze Stuttgartu. "Na podstawie
mojego 30-letniego doświadczenia uważam zakaz względem
ojca do porozumiewania się z dzieckiem w języku polskim
za całkowicie opaczny".
Kraszewski przedstawia
wszystkie opinie przed sądem, ale ten nie bierze ich
pod uwagę. Odwołanie zostaje odrzucone.
Nie było wolno mi pytać, jak się czuje
- Tuż po wyroku, gdy zjawiłem się na spotkaniu z synem,
kazano mi podpisać w Jugendamcie [Urząd ds. Młodzieży
- przyp. aut.] oświadczenie, że nie będę z Filipem próbował
rozmawiać po polsku. Nie podpisałem. Same spotkania były
koszmarem. Normalnie tylko kryminaliści widują swe dzieci
w obecności urzędników. Siadaliśmy przy stole, nie było
wolno mi pytać syna, jak się czuje, czy wszystko u niego
w porządku, bo to mogłoby spowodować u niego tzw. konflikt
lojalności. Filip zawsze uwielbiał rysować, więc przynosiłem
karton i kredki. Rysował mi, co czuje i że mnie kocha.
Spotkania z Filipem były coraz rzadsze. - Raz pracownicy
Jugendamtu podczas wyznaczonego spotkania mieli urlop.
Innym razem opiekun, który miał być świadkiem moich wizyt,
zachorował lub Filipa na spotkania nie przyprowadzała
matka, mimo nakazującego jej to wyroku sądowego - opowiada
Kraszewski. I pokazuje notatki: - W 2000 roku widziałem
Filipa przez 25 godzin, rok póĽniej już tylko cztery
godziny, a w ubiegłym tylko trzy. Pisałem do różnych
instytucji społecznych, do mediów, prosiłem o pomoc Kościół.
Nadaremnie.
"W pani osobie spodziewam się znaleĽć kogoś, kto mógłby
przyczynić się do udzielenia pomocy nie tylko mnie i
mojemu synowi, ale także renomie Niemiec i ich sądownictwa
wobec krajów ościennych" - tymi słowami zaczyna się list
Kraszewskiego do Brigitte Zypries, minister sprawiedliwości
Niemiec. - Opisałem całą historię, napisałem o zakazie
rozmawiania z synem w moim ojczystym języku, o tym, że
Filip żyje w panicznym lęku przed wypowiedzeniem choćby
jednego słowa po polsku.
OdpowiedĽ z ministerstwa nadeszła po miesiącu. W imieniu
pani minister odpisał niejaki dr Schomburg. "Zdaję sobie
doskonale sprawę, jak uciążliwe będzie dla pana widzenie
się z synem tylko w obecności osoby trzeciej i przy nałożeniu
obowiązku zaniechania dwujęzycznego wychowywania go.
Jednakże ze względu na nieubłagane wymogi prawne nie
wolno mi udzielić panu konkretnych porad i w ogóle uczynić
czegokolwiek w tej sprawie. Zgodnie z konstytucyjnym
porządkiem prawnym RFN sądy są niezawisłe".
Biurokraci przeciw ojcom
W grudniu 2002
roku, kilka dni po otrzymaniu przez Kraszewskiego odpowiedzi
z ministerstwa sprawiedliwości, zapadł kolejny wyrok.
Sąd okręgowy w Guetersloh zakazał mu definitywnie widzeń
z synem, a opiekę rodzicielską nad dzieckiem przy-znał wyłącznie
Andrei. Sąd uzasadnił swoją decyzję tym, że Kraszewski "wyrażał
wobec syna wyrafinowane insynuacje, przez które dziecko
popadło w konflikt lojalności wobec swojej matki". Obraził
pracowników Związku Ochrony Dziecka w Guetersloh i Bielefeld,
był wobec nich agresywny, a nawet im groził. Tym samym
- uznał sąd - widywanie syna nawet w obecności osób
trzecich nie jest wskazane.
- Nikomu nie groziłem, mówiłem tylko, że nie chciałbym,
by urzędnicy byli przy moich tak rzadkich spotkaniach
z synem. Zarzucili mi, że nie chcę widywać Filipa w obecności
urzędników. To prawda, nie chciałem, ale godziłem się
na ich obecność, bo inaczej nie widywałbym Filipa w
ogóle - mówi Kraszewski.
Co ciekawe, w tym samym wyroku sąd przytoczył słowa
Filipa, który "cieszyłby się z widzeń ze swoim ojcem",
także w obecności osób trzecich.
Skąd ta niechęć Kraszewskiego do urzędników? - Urzędy
ds. młodzieży czy Niemiecki Związek Ochrony Dziecka to
świetnie opłacani przez państwo biurokraci - wyjaśnia.
- Gdy tylko jakaś rodzina zjawi się u nich z prośbą o
pomoc, już jej nie wypuszczą ze swoich rąk. Dla nich
to sens istnienia, a dla wielu rodziców prawdziwa zmora.
Kraszewski zaczął w internecie szukać sprzymierzeńców,
innych ojców-cudzoziemców pokrzywdzonych przez wyroki
niemieckich sądów. W Niemczech działa kilkadziesiąt organizacji
zrzeszających ojców, którym sądy rodzinne odebrały dzieci.
Kraszewski przyłączył się do jednej z nich. Vateraufbruch
Fur Kinder (VAFK) można przetłumaczyć jako "Pogoń ojców
za swoimi dziećmi". VAFK ma w całych Niemczech ponad
150 lokalnych grup i punktów kontaktowych, skupia kilka
tysięcy ojców - Niemców i cudzoziemców - którym po rozwodzie
zakazano widywać się z dziećmi lub których dzieci zostały
porwane przez niemieckie matki. - Protestujemy, organizujemy
marsze w Berlinie i Brukseli, głodujemy. Ale nikt nas nie
słucha - mówi Kraszewski.
Stara nazistowska zasada germanizacyjna
We wrześniu 2002
roku Karin Jaeckel, niemiecka pisarka i publicystka,
autorka wydanej trzy lata temu książki "Deutschland fribt
seine Kinder" ("Niemcy porywają swoje dzieci"), wystosowała
w obronie ojców-cudzoziemców list otwarty do kanclerza Gerharda
Schroedera. Za-atakowała w nim niemiecki system prawny.
„Okazuje się, że Niemcy współczesne
ze względu na swoje orzecznictwo rodzinne i politykę
rodzinną już od dawna, i to masowo, identyfikowane są
z III Rzeszą. (...) Powodem jest przede wszystkim prawna
i nie powstrzymywana przez elity polityczne, ale raczej
popierana metodyka systematycznego wyłączania jednego
z rodziców z życia wspólnych dzieci po rozwodzie lub
rozejściu się rodziców przy pomocy urzędów ds. młodzieży
okrzykniętych jako »władze do kradzieży dzieci «. (...)
Naruszenia praw człowieka wiodą do tego, że cudzoziemki
i cudzoziemcy, którzy zakochali się w Niemce lub Niemcu
i spłodzili wspólne dzieci, a więc ludzie, którzy wobec
Niemców i Niemiec powinni być absolutnie otwarci, zaczęli
nas dzisiaj zwalczać. (...) Ci rodzice nienawidzą powojennych
Niemiec. I to nienawidzą dlatego, że zostały im zrabowane
dzieci zgodnie ze starą nazistowską zasadą germanizacyjną”.
Piszę do Karin Jaeckel e-maila. Rozmawiamy o szokującym
przywołaniu III Rzeszy w jej liście. - To nie są moje
poglądy, tylko pokrzywdzonych ojców-cudzoziemców - zastrzega.
- Oni, niestety, tak postrzegają współczesne Niemcy.
Moim zdaniem przyczyną takiego stanu rzeczy nie są relikty
nazizmu czy idei Lebensbornu, tylko przekonanie naszych
sędziów, że dziecku musi być lepiej z matką - tłumaczy.
- Takie decyzje sądów nie dotyczą tylko par mieszanych, ale
również małżeństw niemieckich - zastrzega.
Okazuje się, że Karin Jaeckel sprawę Kraszewskiego
zna doskonale: - Nie mogę pojąć, dlaczego sąd podjął
taką skandaliczną decyzję.
Jej zdaniem problem niemieckich sądów to problem sędziów
i organizacji młodzieżowych. - W sprawie wyroków naszych
sądów rodzinnych dotyczących mieszanych małżeństw interweniowali
już u Schroedera prezydenci Clinton i Chirac. Sądy muszą
rozstrzygnąć kapitalne w prawie niemieckim pojęcie "dobra
dziecka". Najgorsze jest to, że owo "dobro dziecka" nie
jest nigdzie zdefiniowane i każdy sąd rozumie przez to,
co chce. A większość sędziów w Niemczech, psychologów
i urzędników ds. młodzieży uważa, że dziecku może być
dobrze jedynie z matką Niemką, bo ojciec jest potrzebny
tylko po to, by płacić - dodaje. - Mam nadzieję, że dożyję
czasów, gdy to nastawienie się zmieni.
Nic nie można zrobić
Podczas jednej z wizyt u rodziny w Polsce Kraszewski
opowiedział o swoich kłopotach Ewie Goczek, konsulowi
honorowemu RFN w Łodzi. Odwiedzam panią konsul, pokazuję
wyroki. - Absolutnie nie chcę tej sprawy komentować,
tak jak nie komentowałabym wyroków polskich sądów. Powiem
tylko tyle, że sąd musiał mieć podstawy, skoro takie
orzeczenie wydał. Jesteśmy w przededniu wstąpienia do
Unii, taki artykuł mógłby zaszkodzić stosunkom Polski
i Niemiec - ucina dyskusję Ewa Goczek.
Otto Jachimowicz, wicekonsul Rzeczypospolitej Polskiej w Kolonii:
- Kraszewski interweniował u mnie wielokrotnie, a na jego
sprawie połamało sobie zęby czterech adwokatów. To jest
dla niego prawdziwa tragedia. Szanowany lekarz, który
- mimo nieprzyjęcia obywatelstwa niemieckiego - osiągnął
wysoką pozycję zawodową, a ma takie problemy. Jestem
jego sprawą naprawdę poruszony, ale nic nie mogę zrobić
- opowiada z przejęciem. - Większość podobnych dramatów
rozgrywa się na odwrotnej płaszczyĽnie - to matki z Polski,
które wychodzą za mąż za Niemców, mają problemy z uzyskaniem
władzy rodzicielskiej nad swoimi dziećmi. Jest ona w
takich przypadkach przyznawana najczęściej niemieckim
ojcom. Patrząc na niemieckie orzecznictwo sądów rodzinnych
preferujących matki, to paradoks. Z drugiej strony nie brakuje
też takich spraw, gdy poszukujemy ukrywających się ojców
Polaków, którzy swoimi dziećmi się nie interesują i
nie łożą na ich utrzymanie. Pan Kraszewski jest nie pierwszą
i zapewne nie ostatnią ofiarą mieszanego małżeństwa w
Niemczech - podsumowuje Jachimowicz.
Mirosław Kraszewski wydał na procesy ponad 32 tys.
marek. Tylko do 2001 roku, bo potem przestał liczyć.
Zamierza ponownie przeprowadzić się do Guetersloh, by
być bliżej Filipa. - Będę patrzył, jak idzie do szkoły,
jak z niej wraca. Tego mi przecież jeszcze nie mogą
zabronić, prawda? - pyta.
|